« 77% | Page d'accueil | Classe ouvrière disparue en Europe? »
12.07.2007
Cicha budowa superpaństwa
"Koniec superpaństwa. Kres marzeniom o europejskim państwie federalnym. Narodowe interesy zaporą dla eurofederalistów" - tak prawicowe media w Europie, w tym w Polsce, komentowały czerwcowy szczyt przywódców państw Wspólnot Europejskim. Część eurosceptyków z optymizmem witało efekty brukselskiego spotkania szefów krajów członkowskich WE. Tymczasem nie ma się z czego cieszyć. Nowe superpaństwo powstaje po cichu.
"Dusze się łączą, kiedy wargi się rozdzielają" - pisał Robert Musil, austriacki pisarz, z wykształcenia inżynier. Te słowa, jak ulał pasują do tego, co wydarzyło się kilka tygodni temu w stolicy Belgii. Przywódcy państw członkowskich Wspólnot co prawda trochę się pokłócili i rzeczywiście walczyli o częściowe interesy dla swych krajów, lecz gdy "wargi się rozdzieliły", superpaństwo europejskie zaczęło nabierać realnych kształtów i już wkrótce ujawni nam swoją władzę, bo "dusze się łączą".
To, co istotne, zdarzyło się przed brukselskim szczytem. Na początku tego roku ministrowie rządów państw wspólnotowych zebrani w organie WE, jakim jest Rada Europejska, podejmowali kolejne decyzje budujące organy właściwe państwu. Jak wiemy, państwo to monopol na przemoc, by wymusić przestrzeganie praw i nienaruszalności granic. Przez pierwszą połowę tego roku Rada Europejska, Komisja Europejska i Parlament Europejski budowały właśnie "struktury monopolu na przemoc" nowego superpaństwa - Unii Europejskiej.
Unijna strażnica na Bugu
Kilka lat temu powstał FRONTEX - agencja WE, która ma za zadanie kontrolowanie granicy zewnętrznej WE. Jej główną siedzibą jest Warszawa, a na czele stoi Fin - Ilkka Laitanen. Do tej pory zajmowała się jedynie tworzeniem siebie oraz wymianą informacji między strażami granicznymi państw. Podczas kwietniowego posiedzenia Rady ds. Wymiaru Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych, a więc zebrania ministrów rządów Wspólnot, poinformowano, że FRONTEX zaczyna "tworzyć własne patrole graniczne". Komisja Europejska wraz z Parlamentem w maju wydały stosowne rozporządzenie w tej sprawie, nadając
FRONTEX-owi stosowne uprawnienia. W praktyce oznacza to przekształcenie tej agencji w ponadnarodową, europejską straż graniczną, która ma kontrolować granice zewnętrzne powstającej Unii Europejskiej. Na mocy decyzji Rady oraz rozporządzenia Komisji Europejskiej utworzono właśnie "zespoły szybkiej interwencji granicznej". W kwietniu ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych informowali w stosownym komunikacie:
"(...) Po rozpoczęciu działalności zespoły szybkiej interwencji granicznej będą wysyłane do państw członkowskich, aby przez określony czas dostarczać szybkiego wsparcia operacyjnego występującemu o nie państwu członkowskiemu, które stanęło w obliczu wyjątkowej sytuacji wymagającej pilnych działań, zwłaszcza gdy na pewne odcinki granic zewnętrznych masowo napływają obywatele państw trzecich usiłujący nielegalnie przedostać się na terytorium tego państwa członkowskiego (...)".
Na razie jeszcze owe "unijne" patrole będą wysyłane z pomocą państwu, które o to poprosi. Dokładnie tak samo Związek Radziecki wysyłał swe wojska z pomocą komunistom, którzy o tę "pomoc poprosili". Nie miejmy złudzeń. To pierwszy etap. Wkrótce FRONTEX nie będzie się nikogo pytał, czy może wysłać patrole graniczne, tylko najzwyczajniej obsadzi "swoimi" funkcjonariuszami granice państwowe, w tym polską granicę z Rosją, Białorusią i Ukrainą. Przejmie po prostu kompetencje, a nawet wchłonie obecne, państwowe straże graniczne. O ile teraz podlegają one władzom danego państwa, to FRONTEX jest organem podległym Komisji Europejskiej i finansowanym z budżetu WE, a nie państw członkowskich. Zresztą już tworzy się "europejską sieć patroli granicznych" i "europejski system nadzoru". Ta sieć i ten system nadzoru to właśnie podwalina pod europejską straż graniczną. A to, że ona powstanie, jest przesądzone przez wspólnotowe prawo. O postępach w jej tworzeniu poinformował Radę Europejską 12 i 13 kwietnia tego roku szef FRONTEX-u, Ilkka Laitanen. Jak głosi komunikat po posiedzeniu Rady, ministrowie przyjęli informacje o postępach w tworzeniu patroli i nadzoru granicznego z satysfakcją. Wkrótce już więc polski rząd straci kontrolę nad granicami Polski, a pogranicznicy będą podlegali już Komisji Europejskiej.
Unijne FBI
Wypłukiwane i rozmydlane są kompetencje rządów państw wspólnotowych także jeśli chodzi o policję. Na początku tego roku wszedł w życie protokół podpisany jeszcze w 2002 roku (gdy nie byliśmy członkiem WE) o zmianie uprawnień Europolu - wspólnotowej policji. Do tej pory była to agencja, której zadaniem była wymiana informacji między służbami policyjnymi państw, które ustanowiły Europol. Zatrudnieni w Europolu policjanci pozostawali nadal pod wyłącznymi rozkazami państw, które ich tam oddelegowały. Zresztą Europol nie był podporządkowany żadnej z instytucji WE. Powstał jako umowa między państwami, a zakres jego działania regulowała konwencja. Protokół zmieniający ową konwencję, który wszedł właśnie w życie nadaje już nowe, większe uprawnienia. Jakie? Funkcjonariusze Europolu będą mogli uczestniczyć na pełnych prawach w śledztwach prowadzonych przez policję państw członkowskich WE oraz składać wnioski do państw o wszczęcie dochodzenia. Ta ostatnia prerogatywa jest dość istotna. Jeśli bowiem funkcjonariusze Europolu mają złożyć wniosek o wszczęcie dochodzenia, to wcześniej muszą zebrać dowody, a choćby i poszlaki, a to oznacza, że muszą wcześniej przeprowadzić własne śledztwo. Ni mniej, ni więcej po prostu Europol otrzymał uprawnienia do prowadzenia śledztw bez oglądania się na policję państw.
To jeszcze nie koniec. Ministrowie spraw wewnętrznych krajów WE w kwietniu tego roku podjęli decyzję o zmianie umocowania prawnego Europolu z międzypaństwowej konwencji na... decyzję Rady Europejskiej. Ową decyzję zatwierdzono na czerwcowym posiedzeniu Rady Europejskiej. Oznacza to, iż Europol stanie się jedną z instytucji WE (a po wejściu w życie traktatu reformującego - instytucją Unii Europejskiej), podporządkowaną Komisji Europejskiej. Obecni pracownicy Europolu staną się funkcjonariuszami Unii, a nie państw członkowskich. Zmieni się też jego finansowanie - pieniądze będą pochodziły wprost z budżetu WE.
Europol staje się więc europejskim FBI, a policja w krajach członkowskich zostanie sprowadzona do roli policji municypalnej, lokalnej.
Kontrola podatkowa po unijnemu
Wszystkie powyższe agencje powstawały jako dobrowolne programy wspólnotowe. Każde państwo miało wybór czy chce się do nich przyłączyć, czy pozostać poza. Z czasem owa dobrowolność zamieniała się w przymus, a program w instytucję WE, nad którą władzę rozciągała Komisja Europejska. To samo czeka pewien "dobrowolny program" dotyczący... podatków.
W 1998 roku decyzją eurobiurokratów utworzono program "Fiscalis 2002". Każde państwo członkowskie mogło do niego przystąpić dobrowolnie. Dotyczył on wymiany informacji o podatnikach, doświadczeń i szkoleń organów podatkowych krajów WE w sprawach podatków VAT i akcyzy, a więc tych, które w jakieś mierze regulowane są przez wspólnotowe prawodawstwo. Program ów miał się skończyć w 2002 roku. Postanowiono wtedy, iż powstanie nowy - "Fiscalis 2007". Program właśnie się kończy. Nieprawda. 21 czerwca Parlament Europejski zaaprobował rozporządzenie w sprawie kolejnego: "Fiscalis 2013". I przestaje to być śmieszne, gdy wczytamy się w treść tego aktu. Zadaniem "Fiscalisa 2013" jest między innymi: "prowadzenie wspólnych kontroli podatkowych" - czytamy w rozporządzeniu. Art.2 ust.3a precyzuje, że kontrola podatkowa może być prowadzona wobec podatnika lub kilku podatników powiązanych ze sobą, przez uprawnione organy kontrolne dwóch lub więcej państw członkowskich.
Nie miejmy złudzeń. To pierwszy krok w stronę powołania europejskiej kontroli skarbowej. Nowego organu przyszłej Unii Europejskiej. Im bardziej nasilają się głosy nawołujące do "głębszego zharmonizowania systemów i stawek podatkowych", tym szybciej powołane zostaną europejskie urzędy skarbowe wraz z unijną policją skarbową.
Handel poza Polską
To, iż państwa członkowskie nowej Unii Europejskiej nadal będą miały prawo weta w sprawach związanych z polityką zagraniczną, a minister spraw zagranicznych UE będzie miał inną nazwę, wcale nie oznacza, iż będą miały w stosunkach z krajami z poza UE coś do powiedzenia. Otóż traktat reformujący powiela z uniokonstytucji podział kompetencji między organami UE a państwami. Do wyłącznych kompetencji UE i jej organów będą należały m.in. sprawy związane z rynkiem wewnętrznym. W połączeniu z ustanowieniem osobowości prawnej Unii oznaczać to będzie, iż nikt się nie zapyta już Polski, czy podpisać umowę handlową z Rosją. Po prostu prezydent UE z szefem Komisji Europejskiej pojadą do Moskwy i podpiszą to, co wcześniej wynegocjowali uniobiurokraci. Polska nie będzie już mogła zgłosić weta. Tak będzie ze wszelkimi umowami handlowymi UE z innymi krajami czy organizacjami międzynarodowymi. To samo dotyczy polityki wizowej. Już teraz nie możemy jej prowadzić suwerennie i np. musieliśmy wprowadzić wizy dla Ukraińców i nie możemy ich znieść. Po ustanowieniu Unii nikt się nas nie będzie pytał, jakim krajom narzucać, a jakim nie - obowiązek wizowy. Co gorsza, polskie władze nie będą mogły np. prowadzić negocjacji z USA o zniesieniu dla nas wiz za oceanem. Te sprawy oddamy w ręce brukselskich urzędników i władz UE. Tylko one będą miały uprawnienia do zawierania umów o ruchu bezwizowym i nie miejmy złudzeń, że np. UE wynegocjuje zniesienie amerykańskich wiz dla Polaków. Nikt w Brukseli za Gdańsk nie zamierza umierać.
Powstrzymać oddawanie suwerenności
Superpaństwo się tworzy. Może przyhamowano jedynie prędkość, z jaką powstaje, ale podskórnie, po cichu wchodzą w życie akty prawne, które dają Unii Europejskiej wszelkie znamiona nowego bytu państwowego, a co gorsza dają także władzę, odbierając ją państwom członkowskim. Prawo wspólnotowe odbiera coraz więcej suwerenności władzom państw, w tym Polski, przekazując ją kolejnym organom i instytucjom przyszłej Unii Europejskiej. Czy uda się komuś powstrzymać ten proces? Polski rząd miał szansę raz na zawsze skończyć z budową Eurosujoza, zgłaszając weto na szczycie w Brukseli. Nie skorzystał z tej szansy. Wkrótce nadarzy się kolejna. W grudniu ma odbyć się szczyt zatwierdzający ostateczny tekst traktatu reformującego. Na nim też będzie można jeszcze postawić weto i zatamować powódź oddawania przez Polskę suwerenności. Jeśli i tam rząd Jarosława Kaczyńskiego przestraszy się swej broni, to pozostaje Sejm. W nim przewagę mają partie, które z niechęcią podchodzą do tego, co dzieje się w Europie. Jeśli postawią się rządowi i nie ratyfikują traktat, wtedy dopiero europejskie media będą mogły ogłosić rzeczywistą klęskę superpaństwa. Nikt bowiem nie będzie miał już sił po raz trzeci przeforsowywać idei dwa razy odrzuconej.
Chyba że Europol z Frontexem zaczną robić "porządki" i wyaresztują uniosceptyków.
Dariusz Kos NCzas
22:20 Lien permanent | Commentaires (0) | Envoyer cette note
Les commentaires sont fermés.